20 GRUDNIA 2016 PREMIERA KSIĄŻKI „ZŁOTY WĄŻ”

15492606_1693111170979686_2211183663762793124_n

 

 

„Złoty wąż” to książka o miłości, która zaczaruje cię na wiele sposobów. Znajdziesz w niej barwną historię Izabelli, nie młodej samotnej kobiety, która żyje na granicy światów. Po opowieściach swojej zmarłej babci bajarki podróżuje wraz z mężczyzną, który niespodziewanie zjawił się w jej domu. Oboje angażują się w fantastyczne perypetie, a one przenikają do realnego życia uruchamiając szereg zmian. Urzekające malarskimi wizjami historie nadają sens wszystkiemu co się dzieje, a ich zrozumienie, pozwala inaczej spojrzeć na życie nie tylko bohaterom, ale także czytelnikowi. Nic nie jest przypadkowe, miłośnicy filozofii istnienia znajdą w tej książce wiele inspiracji do rozmyślań. Tragiczne losy pary odzwierciedlone w rzeczywistości baśni, poprzez baśń właśnie się rozwiązują. Świat opowieści, świat realny, świat snów i wizji przenikają się. Powieść skonstruowana jest jak znak nieskończoności i po przeczytaniu ostatniego zdania, od razu zaczynamy czytać ją od nowa, by tropić symbole i znaki, których nie zauważyliśmy za pierwszym razem. „Wszechświat jest wężem pożerającym własny ogon”- jak mówi Adam, główny bohater. Wszystko co się dzieje w książce dotyczy każdego z nas, poprzez doświadczenie twórcy, odbiorcy sztuki, poprzez sny, fantazje. Każdy z nas żyje równocześnie na wielu poziomach, czy uświadamia to sobie czy nie.

 

 

 FRAGMENTY KSIĄŻKI „ZŁOTY WĄŻ”

 

fragment 2

Wielu ludziom wydaje się, że ich los jest prostą konsekwencją działań. W pewnym sensie mają rację – zaśmiał się – ale wpływa na nas tak wiele rzeczy, których nie potrafimy przewidzieć. Z perspektywy sercorządnych wszelkie zmagania są jedynie stratą energii. W sercu jest wystarczająco dużo odpowiedzi, a wyobraźnia zaspokaja wszelkie potrzeby. Sercorządni są jak lśniące kule, otacza ich światło. Ale Głoworządni tego nie widzą, ich oczy są ślepe. Spoglądają na jodłę i widzą zasadzone w gliniastej ziemi drzewo iglaste, zapewne czterdziestoletnie, z nadgryzioną po prawej stronie korą. A ty co widzisz?
– Jasną, strzelistą jodłę, bogatą w szyszki, pachnącą żywicą, zanurzoną w słońcu. Łączącą ziemię i niebo – powiedziałem bez zastanowienia.
– Rozumiesz różnicę? – Arno uśmiechnął się – oni od razu wydają opinię. Mają pogląd. Myślą, że kiedy wszystko zanalizują, zdobędą władzę nad światem. A tymczasem im więcej wiedzą, tym mniej widzą swoją niewiedzę. (…)  Prawda to wielka iluzja, do której dążą głoworządni. Ona jest ich słońcem.
– A ja myślałem, że Ulian to raj… a tu wszystko wydaje się postawione na głowie. Nie widzę tu żadnej logiki – mimo wszystko czułem się rozczarowany. Ulian nie był rajem, ale tylko jednym z wielu, niedoskonałych światów. Czyżbym tu również nie był bezpieczny?
– Czym jest smak dobra, skoro nie ma zła, czy nie przywiedzie do mdłości jego monotonia? Logika? Ona uszczęśliwiłaby twoją głowę? Byłbyś bezpieczniejszy znając reguły tego świata? Tu nie ma reguł. Możesz się tym przerazić lub zachwycić, wszystko zależy od Ciebie. Nieskończoność jest stanem umysłu.

 

 

fragment 1

Od czasu do czasu chwytaliśmy powietrze, bez kontaktu z tamtym światem, nareszcie blisko siebie. Te chwile wytchnienia przypominały nam o sobie nawzajem. Przyglądaliśmy się naszej miłości, jak wielu zakochanych, doszukując się w niej głębokich symbolicznych znaczeń, palców opatrzności i cudownych zrządzeń losu. Byliśmy przekonani o wyjątkowości tego co nam się przydarza. Wiedza i wykształcenie tylko nam pomagały, podsycając ogień naszych intuicji. Potrafiliśmy godzinami analizować swoje doświadczanie miłości, jak początkujący narkomani, którzy rozmawiają wyłącznie o swoich niezwykłych doświadczeniach, tak jakby poza ich tripem rzeczywistość nie była warta uwagi. Zakochani są dla siebie ważni jak powietrze. Oddychają sobą. A oddech? Było trudno o oddech…
Miłość ta najlepsza, ta która czasami się zdarza i bardziej jest zadana niż dana, prowadzi nas niełatwą drogą, od spokojnej codzienności samotniczych przyzwyczajeń do przekraczania swoich nawyków, granic komfortu i zdrowego rozsądku. Owo zjednoczenie z metafizycznym Ty – którą jest ukochana osoba, staje się nagle sensem istnienia. Odmienia całą egzystencję, nadając jej wyraźny ślad ukochanej osoby, ślad niezmazywalny żadnym sposobem, ani czasem. Ślad podobny do znaku jaki pozostawia po sobie doświadczenie sacrum.
Dochodzi do wymiany – dialogu ontologicznego – który następuje mimowolnie, bez świadomości osób w nim uczestniczących. Dążenie do radości tej drugiej osoby staje się moją radością, dążenie do jej szczęścia – moim szczęściem, jej komfort jest moim komfortem, jej potrzeby moimi. Następuje coś w rodzaju utożsamienia. Ci którzy choć raz w życiu kochali wiedzą o czym piszę. Tak jakby za pomocą jakieś magii te dwie osoby były naczyniami połączonymi, w których zacierają się zupełnie granice między twoje i moje, między tym co w tobie a tym co we mnie.
Przez dziesiątki lat te filozoficzne rewelacje wydawały mi się abstrakcją, aż do pewnego punktu zwrotnego, którym było spotkanie Adama. W niczym nie przypominał księcia z bajki, nie umiał jeździć konno i bał się jaszczurek, wcale nie umiał gotować. Długoletnia samotność sprawiła, że trudno mi było na początku nauczyć się z nim żyć. Moja podświadomość podsuwała mi czarne scenariusze, wynikające z doświadczeń innych kobiet, o których losach czytałam w książkach, albo słyszałam od ludzi. Uwierzyć w miłość, w moim wieku to dość lekkomyślne.
Podświadomość, z którą czasem w ciemne noce rozmawiałam, była jak osobisty komputer, w którym zakodowane tkwiły wspomnienia moje, babci, dzieci, przeczytane lektury. Gigabajty wspomnień, przekonań, stereotypów, wzorców zachowań, wszystko to czym byłam, nie zdając sobie w pełni z tego sprawy, a co kierowało mną i od czasu do czasu uwalniało się do kina mojej wyobraźni. Prosiłam leżąc w łóżku moją podświadomość by wyświetlała mi piękne wspomnienia z dzieciństwa, kiedy jeszcze żyła babcia. Zasypiałam otulona nimi jak ciepłą pierzyną, nie czując chłodu samotności.
Gdybym napisała teraz, że spodziewałam się, że w przewidywalność moich codziennych ruchów wkroczy mężczyzna by zostać u mojego boku, to rozminęłabym się z prawdą. Nie byłam na to przygotowana. Tyle filozofia. Teraz codzienność:
Codziennie rano wstaje o 5.20 – przez większość roku o tej porze jest jeszcze ciemno. Nie świeci jednak światła by mnie nie budzić. Cichutko z latarką wymyka się do łazienki, gdzie na pralce czekają złożone w kostkę ubrania, które zakłada. Początkowo chciałam robić mu kanapki, ale nie pozwolił na to. Zatem jeszcze przed świtem krząta się by przygotować sobie prowiant na znaczną część dnia. Nieodmiennie wzrusza mnie, tym, że kiedy wstaję, prawie godzinę po jego wyjściu, znajduję w kuchni dzbanek ciepłej herbaty. Te wszystkie drobne gesty, ofiarowane mi codziennie są jak moje skarby, o których dotąd nie opowiadałam nikomu. Nie nastawiam budzika, Adam dzwoni do mnie i swoim niskim radiowym głosem błogosławi mój dzień słowami: „Dzień dobry kochanie, wstawaj, już siódma.” A potem krótko opisuje mi pogodę, żebym mogła ubrać się odpowiednio. Zostawia mi samochód, żebym nie musiała marznąć na przystankach. A sam marznie na przystankach. Kiedy mu to wytykam, mówi, że on jest mężczyzną i nic mu się nie stanie, że nawet to lubi. Na szczęście nie muszę udowadniać swojej ważności twierdząc, że jestem taka sama jak przeciętny mężczyzna. Nie jestem. Jestem kobietą, chcę być traktowana z uprzejmością i szacunkiem, z delikatnością jak szklana figurka. No może bez przesady. Nie znaczy to, że boję się pracy, czy że nie potrafię być silna. Nikt nie może mi tego zarzucić. Znaczy to raczej, że cenię staromodny porządek, którym żyła babcia Klara, według którego świat mężczyzn i świat kobiet bardzo się od siebie różnią i nie ma w tym nic złego, wprost przeciwnie na tym napięciu między nimi buduje się wzajemna fascynacja. A dzięki miłości powstaje całkiem nowy świat wspólnoty, świat rodziny – obszar ceniony zarówno przez mężczyzn jak i kobiety.
Kiedy doszłam do tego, że większość czasu zajmuje mi myślenie o tym, jak mu sprawić radość i co moglibyśmy wspólnie robić, szczerze ubawiła mnie ta świadomość miłosnej przemiany, która we mnie zaszła. Tej obsesji na punkcie drugiej osoby, kiedy próbujesz łapczywie dowiedzieć się o niej jak najwięcej, wyławiasz każde słowo, starasz się przeniknąć myśli, życzenia. Wyprzedzić je o krok.
Był listopadowy wieczór, każde z nas siedziało przy swoim laptopie. Deszcz siąpił za szybą. Drewniane, stare okna przepuszczały chłód. On analizował jakiś fragment Biblii, przygotowywał się do konferencji. Ja kończyłam zamówiony felieton, ale szło mi jak po grudzie, więc w końcu postanowiłam sobie odpuścić pisanie. Wstałam podeszłam do okna, księżyc to pojawiał się to znikał za chmurami. Spojrzałam na ogród. I zamarłam. Śliwa rosła na swoim miejscu a pod nią ktoś stał. W nocy, w deszczu. Poczułam gęsią skórkę.

– Adam! Chodź szybko, zobacz, o Boże! To Klara… – nie byłam tego pewna, ale coś kazało mi to powiedzieć. Mężczyzna podniósł się szybko i podszedł, chmury zasłoniły księżyc i znowu zrobiło się ciemno.
– Co widziałaś?
– Babcia Klara stała pod śliwką
– Przecież śliwa jest ścięta.
– No właśnie! Ale teraz rosła…

Kiedy ponownie zrobiło się szaro on też zobaczył rosnącą na samym środku ogrodu śliwę, a pod nią jakąś postać. Niewiele się zastawiając ruszyłam ku drzwiom, Adam za mną. Na zewnątrz była ściana deszczu, świeciłam sobie latarką z telefonu, który okrywałam ręką by nie zamókł. Było ciemno, brnęłam w błocie i kałużach, przedzierając się przez krzaki. Furtka zaskrzypiała znajomo, po środku nie było drzewa, tylko mały dołek po jego wyrwanych
korzeniach, nic więcej. Zatem to mi się zdawało? Ale Adam widząc moją minę powiedział:
„Ja też to widziałem!” W tym momencie jakiś samochód z piskiem opon zahamował przed naszym domem, potem usłyszeliśmy głuchy huk. Gwałtownie obróciło całym autem nim się zatrzymało.  Jego włączone długie światła oświetlały coś leżącego na mokrym asfalcie. To była Balbina.
Nasza kotka. Adam przeskoczył przez płot. Po chwili i ja też byłam na jezdni. Niosłam Balbinę na rękach, jak małe dziecko. Ona już nie żyła. Przelewała się przez ręce. Rozpięłam kurtkę by ochronić ją przed deszczem, jakby to miało jakieś znaczenie. Byliśmy kompletnie przemoczeni i zmarznięci, działaliśmy automatycznie, bez refleksji, tak jak się działa gdy dzieją się rzeczy niepojęte i trudne.
Wewnątrz samochodu siedział mężczyzna, właściwie teraz leżał na kierownicy. Wyglądał jakby zemdlał.